Kategorie: Wszystkie | Moda | Plotki | Trendy
RSS
czwartek, 29 kwietnia 2010
Co znaczy jakość

Myślałyście kiedyś o wydarzeniu, które było największym z możliwych obciachem i niestety Wam przypadło w udziale?

Jest coś takiego? No dobrze, nie dopytuję się dłużej, jakie żenujące momenty wepchnęłyście w niebyt minionych dziejów

Opowiem Wam za to, jak to było ze mną.

Razem z koleżankami wybrałam się kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, na imprezę. Szczególny był to wieczór, bo z niepokojem czekałam na spotkanie z tym jedynym i wymarzonym księciem z bajki. Szkopuł w tym, że ów książę jeszcze nie wiedział, że właśnie o mnie ma po nocach śnić, więc do „przypadkowego” spotkania przygotowałam się nad wyraz skrupulatnie. Super kiecka, wyjątkowo staranny makijaż, włosy prosto od fryzjera i buty.

Cudo, nie buty! Czarne, lśniące na dziewięciocentymetrowym obcasie. Upolowałam je w Śródmieściu i z miną zdobywcy przyniosłam do domu. Kosztowały obłędne pieniądze, ale było warto!

Teraz czekały na mnie i błyskały filuternie. Założyłam je z namaszczeniem i ruszyłam na podbój męskiego serca.

Impreza jakoś się nie kleiła, mój wybranek serca ciągle mi umykał a na dodatek moje piękne buty zaczynały mi wyżerać pięty. Stałam sobie przy barze w otoczeniu koleżanek i zerkałam w stronę parkietu. W końcu, tuż przy schodach pojawił się mój książę. Oderwałam się od dziewczyn i bohatersko powstrzymując syknięcia bólu, podeszłam do schodów i naśladując fachowy chód modelki zaczęłam schodzić po stopniach. Miałam u stóp księcia i cały świat!

W chwili, gdy go mijałam, odwróciłam głowę lekko w lewą stronę z zamiarem rzucenia w jego stronę zalotnego spojrzenia. I to był błąd.

Prawa pięta zatrzeszczała złowieszczo, a cudny, dziewięciocentymetrowy obcas poszybował w bliżej nieokreślonym kierunku. Ostatkiem sił zauważyłam, że mój niedoszły luby pospiesznie odsuwa się na bok, by nie staranowała go po drodze, lecąca po schodach bliżej niezidentyfikowana masa.

I tyle z historycznego podrywu…

Przez kilka lat pielęgnowałam w sobie traumę i parskałam ze wściekłością na widok, choćby lekko podwyższonych butów. Choć wykręcona kostka już dawno przestała dokuczać, to ciągle bolała urażona miłość własna.

I tak by pewnie było do dzisiaj, ale jakiś czas temu ruszyłam na wiosenne łowy do sklepów w towarzystwie przyjaciółki. Ku mojemu zdumieniu, zamiast udać się w stronę galerii handlowych, zaciągnęła mnie do Schaffy na Ursynowie. Czego tam nie mieli!

Oczywiście ominęłam jak zwykle szerokim łukiem dział obuwia z obcasami i zaczęłam się rozglądać za jakimiś wygodnymi i bezpiecznymi w użyciu, najlepiej nierzucającymi się w oczy trampkami.

- Zwariowałaś? – zapytała przyjaciółka i podsunęła mi pod nos sandałki Tommy’ego Hilfigera z cudną kokardką.

- Chyba Ty zwariowałaś! W życiu nie kupię butów na obcasie, zwłaszcza na takim! – odcięłam się wściekle i odwróciłam się na (kontuzjowanej onegdaj) pięcie.

- Przymierz! – zakomenderowała.

Z ociąganiem wsunęłam but na stopę i bez przekonania stanęłam przed lustrem. Piękne były!

- A jak mi obcas znowu odpadnie? – bezwiednie wywołałam z przeszłości smoka imprezowej traumy.

- Nie żartuj! To przecież Tommy Hilfiger! – roześmiała się przyjaciółka – Tu nic nie ma prawa się zepsuć! Zresztą tak samo jak we wszystkich tych butach – tu powiodła ręką po reszcie asortymentu.

Rozejrzałam się wokół i o zawrót głowy przyprawiła mnie mnogość światowych marek. Czego tu nie było! Fornarina, Tommy Hilfiger, Lacoste, Levis, Melissa i wiele innych marek. Normalnie poczułam się, jakbym wpadła do sklepu w Holandii, albo w Londynie!

Uległam chwili i kupiłam buty. Służą mi wiernie i nic nie wskazuje na to, by powtórzyła się wpadka z urwanym obcasem.

Od tamtego dnia kilka razy odwiedziłam Schaffę i zawsze znalazłam coś dla siebie. I wiecie? Owe zdobycze posiadają obcasy i żaden nigdy się nie złamał.

A reszta? Szwy, podeszwy, zapięcia też bez zarzutu. I najlepsze jest to, że wydałam na nie mniej, niż na te cholerne czarne pantofle, którym zawdzięczam swój obciach stulecia

Tu macie moją kolekcję:


I jeszcze zajebiste espadryle z najnowszej kolekcji:


A na deser, coś o obcasach. Ja obejrzałam i ciarki mi po plecach przebiegły 

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
Dresscode- czyli co mam założyć do pracy

Wielokrotnie przy okazji zmian pór roku oraz ekstremalnych temperatur zastanawiamy się nad stylem w pracy. Rozważamy, co można założyć, a co już jest odbierane jako przekraczanie nienaruszalnych granic. Duże problemy mamy nie tylko z doborem odpowiedniego stroju, ale również obuwia. Jak się w takim razie ubierać, by swoim strojem oddziaływać na innych w zamierzony przez siebie sposób?

Kanon, czyli dress code

Dress code to nic innego, niż kanon ubioru w pracy, wyznaczający wyraźne reguły i wskazujący, na jakie style w pracy warto postawić. Główna zasada to stosowanie stonowanego ubioru i sięganie po delikatne dodatki. Ubiór nie powinien przyciągać uwagi. Przeciwnie – jego główna rola to stonowane tło – posiadające najwyżej trzy kolory. Dress code jest bardzo ważny nie tylko z punktu widzenia estetyki, ale przede wszystkim dlatego, że, udowodniono że decyduje o naszej wiarygodności. Nie jest zaskoczeniem fakt, że to właśnie pierwsze 30 sekund decyduje o tym, jak postrzegamy daną osobę

Niedopuszczalne jest przyjście do pracy w zbyt krótkiej spódniczce (idealna długość to spódnica do kolana), z odsłoniętymi ramionami, w obuwiu odkrywającym palce lub pięty. Niewskazane są prześwitujące materiały. Charakter stroju powinien być dobrany do konkretnego typu pracy oraz stanowiska, jednak ogólnie przyjęte zasady sprawdzają się zawsze i warto je mieć na uwadze.

Styl biznes women

Kobieta sukcesu wybiera szlachetne materiały, klasyczne kroje i ekskluzywne dodatki. Zwraca uwagę na jakość przedmiotów, które tworzą jej wizerunek. W jej kreacjach dominuje minimalizm i przemyślane podejście do kwestii codziennych kreacji.

Ogromne znaczenie ma dostosowanie garderoby do specyfiki danego dnia. Należy ubrać się tak, by wybrana odzież sprawdziła się podczas sytuacji, jakie nas czekają. To, czy założymy spódnicę, czy eleganckie spodnie zazwyczaj nie ma większego znaczenia. Inaczej jest w przypadku obuwia, które powinno zakrywać palce i pięty. Nie można zrezygnować również z rajstop, czy pończoch.

Dobór kolorów uzależniony jest od pory dnia oraz od pory roku. Latem wskazane są jasne kolory. Niestety piastując wysokie stanowiska, nie możemy sobie pozwolić (chyba, że pracujemy w zawodzie artystycznym) na porzucenie ciemnych, klasycznych garniturów, czy garsonek. Nawet w upalne dni podczas oficjalnych spotkań nie wolno zdjąć marynarki. Niedopuszczalne jest rozpięcie koszuli, czy poluzowanie krawata. Rankiem możemy zakładać jaśniejszą odzież, od godziny 18 powinna być ona ciemniejsza.

 

Stylistka Schaffashoes.pl poleca do pracy:

Półbuty Bronx


Patofle Tommy Hilifger

Balerinki Tommy Hilfiger

wtorek, 20 kwietnia 2010
Wiosenny zapach Brazylii

Gdzie leży Brazylia, każdy wie, choć niewielu z naszych krajan tam dotarło. Z czym się kojarzy?

Mówisz „Brazylia”, myślisz: Amazonka, piranie, piłkarze …

A jak pachnie Brazylia?

Pewnie amazońskimi mokradłami, duszącą wilgocią puszczy, odpowie większość z Was.

A ja Wam na to powiem, że Brazylia pachnie gumą do żucia. Wspaniałą, Donaldówą kupowaną onegdaj w warzywniaku. Nic nie mogło się równać z chwilą, w której odwijało się papierek i ze środka wyłaniał się biały prostokącik gumy, wrzucany pospiesznie do młodocianej paszczy. A później? Na pociechę zostawała historyjka obrazkowa, która pachniała zawrotnie wspomnieniem pożartej gumy.

I teraz wszyscy stukają się w czoło, mówiąc: „Zwariowała baba! Co ma siermiężna Donaldówa do Brazylii?”.

Ano ma! Dużo wspólnego ma!

Miałam ostatnio przyjemność otworzyć pudełko z butami brazylijskiej firmy Melissa. Buty piękne, ale nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Spod podniesionego wieczka do moich nozdrzy dopłynął zapach kryzysowej gumy sprzed lat. Podniosłam spowijające je bibuły, wyjęłam i obwąchałam sceptycznie. I wierzcie, lub nie, ale buciki Melissy, rodem z Brazylii nasuwają zapachowe skojarzenia z latami 80’ minionego wieku.

Rzuciłam się żarłocznie na dostępną literaturę i w pierwszej kolejności trafiłam na anglojęzyczny link do strony poświęconej butom, której treść skrótowo tłumaczę:

„Historia butów Melissa rozpoczęła się w 1979 roku, gdy na rynek wypuszczono model ‘Arhana’, jak się później okazało, niezbędny dodatek modnej dziewczyny lat 80’. Od tamtego czasu kompania zdobyła sobie szacunek na rynku i nawiązała współpracę kultowymi projektantami, takimi jak Vivienne Westwood, brytyjska prekursorka mody punk”.

Pogłaskałam but i zdziwiła mnie jego gładkość, prostota, wyrafinowanie koloru i przyjazna faktura, która wręcz zapraszała do przymiarki.

Wierzcie, lub nie, ale te buty są po prostu niesamowite!

Możecie kupić na przykład takie:

albo takie:

Ale moim zdaniem, wspaniale zaprezentuje się również ten model:

To tylko część tegorocznej kolekcji, której mnogość wzorów i kolorów każdą z Was przyprawi o zawrót głowy:

I pamiętajcie, że większość tych kultowych butów kupicie za śmiesznie niską cenę w salonach Schaffy.

A na deser coś sprzed lat. Założę się, że część z nich tańczyła w pierwszych butach Melisse 


czwartek, 08 kwietnia 2010
Triumfalny powrót stylu disco- kolorowo i sexownie

www.schaffashoes.plKtóż z nas nie pamięta początku lat dziewięćdziesiątych, którego szarzyznę rozświetlały cekiny i brylanty Alexis z Dynastii? Wszystkie kobiety śledziły z zapartym tchem rozliczne kreacje Crystal, rywalki wyżej wymienionej. Blichtr i przepych rodziły westchnienia naszych krajanek, które zazdrośnie próbowały kopiować eleganckie stroje. Równolegle rozwijał się inspirowany glam rockiem styl dyskotekowy.

Na Zachodzie styl disco ewoluował od początku lat 60-tych wraz z dyskotekami, w których orkiestry taneczne zastępowano muzyką z płyt. Największy jego rozkwit nastąpił pod koniec lat 70-tych. Za nowym tańcem, nowymi ruchami, musiały również nadejść nowe stroje. I nadeszły, za sprawą popowych diw, takich jak Madonna, szturmem zdobywając szafy kobiet.

Zanim to nastąpiło, rodzimi projektanci podjęli próbę dostosowania aktualnych, zachodnich trendów do potrzeb stłamszonych szarością PRL-u przedstawicielek płci żeńskiej. Zaczęły się pojawiać reklamy i zdjęcia modelek, a te chłonęli wszyscy, którzy mieli szczęście choćby zerknąć do Hofflandu. Na naszych ulicach zagościły bluzki nietoperze, obcisłe i połyskliwe legginsy we wszystkich kolorach tęczy, barwne buty i niezliczona ilość plastikowych ozdób.

Po trzydziestu latach styl tamtych lat doczekał się ponownego uznania i szturmem zdobywa wybiegi na całym świecie. Jeśli chcesz być trendy, to koniecznie musisz pamiętać o kilku zasadach:

- noś topy z dużymi nadrukami a bluzki i swetry w najmodniejszym fasonie „nietoperz”. Hitem są też tuniki.

- nie bój się odważnej kolorystyki i awangardowego łączenia elementów odzieży. Świetnie sprawdzą się też grochy, paski i barwne, niesymetryczne wzory.

- jeśli spodnie, to wyłącznie dopasowane i zwężanie „rurki”. Znakomitym wyborem będą też legginsy we wszystkich wariantach kolorystycznych. Jeśli zdecydujesz się na spódnicę, to koniecznie w kroju „bombki”.

- biżuteria powinna być kolorowa i rzucająca się w oczy. Modne są plastikowe bransolety i świecące spinki do włosów. Całość musi pozostawać na granicy kiczu.

- wciąż na fali są fryzury a’la Ostrowska

I wreszcie buty. Także i na ich projektantów duży wpływ mają lata osiemdziesiąte. Poniżej must have nadchodzącej wiosny:

- fantazyjne trampki

- lakierowane szpilki we wszystkich możliwych kolorach.

- balerinki

- buty sportowe za kostkę

I pamiętajcie – wszystkie te buty możecie kupić w salonach Schaffa!

Zapraszamy www.schaffashoes.pl

Na koniec klimat disco rodem z filmu Starsky i Hutch- plus ekstra muzyczka :)